Such is life

summer story

Rozdział II

 ‘’Jak śliwka w kompot’’

EZX phone

Niebo przybiera odcienie granatu. Słyszę jak krople deszczu uderzają o parapet. Siedzimy z Gosią na kanapie, masując się po zapełnionych smacznym obiadem brzuchach i wpatrujemy się, jak wiatr porusza gałęziami drzew za oknem. Słoneczne, gorące dni, kilka godzin deszczu późnymi popołudniami i znowu błękitne niebo, taka pogoda utrzymuje się już od tygodnia. Akurat dziś, deszcz jest mi na rękę, ponieważ obiecałam babci, że umyję okna po południu, a w tym wypadku nie muszę. W zasadzie, jaki normalny człowiek myje okna co miesiąc?

– Lidziu, wytrzyj kurze, bo jakoś się nabrudziło od wczoraj. – Babcia wyrywa mnie z rozmyśleń.

– Jasne, przybyło już chyba z 3 centymetry, to pewnie przez to poranne odkurzanie. – Odpowiadam sarkastycznie.

– Nie narzekaj, tylko rusz się w końcu z tej kanapy bo ci brzuch urośnie!

– Ty już się nie martw o moją figurę Hans, wszystkie twoje obiadki spalamy na basenie. – Oznajmiam chichocząc.

– Dobra, dobra, ja ci zaraz dam Hansa, już ty nie bądź taka biedna. – Odpowiada babcia i wychodzi z pokoju śmiejąc się pod nosem.

– Dzwonił Konrad i pytał się czy wpadamy do niego na partyjkę tysiąca. – Mówi Gosia.

Konrad to nasz sąsiad, jest od nas młodszy kilka lat i wyższy o jakieś 20 centymetrów, traktujemy go jak młodszego brata.

– O, chętnie. Szybko posprzątam w pokoju i pójdziemy. – Oznajmiam.

Trzy odkurzone dywany i pięć wyczyszczonych do blasku regałów, czyli półtorej godziny później podążamy do Konrada. Deszcz przestał padać, na niebie widać jeszcze tęczę i ciemnopomarańczowe, mające niebawem zajść słońce. Wchodzimy na podwórko, przez drogę do drzwi towarzyszy nam mały kundel, który strasznie głośno szczeka, szczypiąc nas po kostkach.

– Rufus, nie wolno! – Konrad krzyczy na psa. – Błyskawicznie się pojawiłyście, czyżby nowa metoda teleportacji? – pyta się z uśmiechem na twarzy.

– Oj, przestań, wiesz jak to jest z moją babcią – Odpowiadam.

– Siema! Zrobić wam herbatkę? – Wrzasnęła Wioleta.

Wioleta jest starszą siostrą Konrada. Jest bardzo szczupłą blondynką, średniego wzrostu.

– Dziewczyno, jest 19sta, o tej porze pije się piwo. – Odpowiada G.

– Nie to nie. Siadajcie. Konrad, rozdaj karty. – Odpowiada Wioleta.

– Sama rozdaj, czemu akurat ja?- Mówi Konrad.

– Bo ja tak mówię i masz się mnie słuchać! – Krzyknęła kochana siostrzyczka.

– Mało mnie interesuje co ty mówisz. – Odpowiedział niewzruszony braciszek.

– Uwaga, zaraz się zacznie. – Szepczę do Gosi.

– Taaa… Otwórz mi piwo jak możesz, to pewnie trochę potrwa. – Odpowiada G. z uśmiechem.

Konrad z Wioletą kłócą się o wszystko, zazwyczaj na zwykłej kłótni się nie kończy, często idą w ruch rzeczy, które mają pod ręką. Myślę, że jest to dla nich pewna forma rozrywki, może trochę nietypowa ale oni po prostu to lubią. Kiedyś na wycieczce rowerowej Wioleta wsadziła patyk w koło roweru Konrada, podczas jazdy oczywiście. Nie muszę chyba opisywać jaki skutek miało to zdarzenie… Napomknę tylko, że Konrad cały tydzień chodził z fioletowymi kolanami i łokciami, wysmarowanymi jodyną, żeby rany się zagoiły , co wcale nie przeszkadzało Wiolecie w dalszych torturach.

– Gramy w wojnę? – Roześmiana pytam Gosię, podczas, gdy Konrad biegnie przez pokój z butelką wody, którą raz za razem uderza w głowę Wiolety.

– Może chodźmy do Krystiana na jakieś piwko, z ogniska chyba nic nie wyjdzie. – Sugeruje G.

– Sounds good! – Przytakuję.

– Jak skończycie biegać po domu to wpadnijcie do sąsiadów! – Mówię do uroczego rodzeństwa, które i tak zdaje się mnie nie słyszeć.

Po butelce wina i kilku piwach spożytych w towarzystwie Gosi i Krystiana, odczuwam zmęczenie, więc postanawiam wrócić do domu i zostawić przyjaciółkę sam na sam z bratem Oli.

– Będę lecieć do domu, Gosia, nie wracaj zbyt późno. A ty odprowadź ją do domu – Uśmiecham się do nich.

– Nie zostaniesz jeszcze chwilkę? – Pyta Krystian jednocześnie puszczając mi oczko, tak, żeby G. nie zauważyła.

– Jestem zmęczona, zjem talerz kanapek i pójdę spać jak borsuk. Do jutra! – Żegnam się z nimi i wychodzę.

Po zjedzonej kolacji i obejrzanym odcinku jakiegoś tandetnego serialu, kładę się do łóżka i owijam kołdrą jak naleśnik. Doceniam jak przyjemnie jest zasypiać przy otwartym oknie, wdychając świeże, rześkie powietrze po deszczu i słuchać przyjemnych odgłosów koników polnych. Zasypiając rozmyślam o tym, że przydałby mi się jakiś wakacyjny romansik, dziewczyny znalazły sobie towarzystwo więc czas się za kimś rozejrzeć. Ten Hubert, kolega Oli, wydaje się być fajny, tylko dlaczego nie jest brunetem? To zdecydowanie komplikuje sytuację.

Nagle wzdrygam się na dźwięk jakiegoś łomotu! Momentalnie siadam na łóżku, otwieram oczy i co widzę? Gosia, weszła niemalże z drzwiami. Lekko kiwa się raz w prawo, raz w lewo i uśmiecha się szeroko.

– Sorry Leeeeee. – Od razu zmienia wyraz twarzy, kiedy dostrzega moją minę.

– Spoko, połóż się lepiej już spać, ale najpierw powiedz mi czy było fajnie?

– Tak, super! Ale nie mam już siły nic mówić. Dobranoc, jutro pogadamy – Mówi G. chowając się pod kołdrą.

– Miłych snów. – Odpowiadam, wtulając się w poduszkę.

***

– Załóż kask, albo płacisz mandat maleńka. – Mówię do Oli.

– Oj dobra, już zakładam, nie płacz. A tak w ogóle to Adaś pozwolił ci wziąć jego skuter?

Adam to mój młodszy brat. W te wakacje dorabia sobie jako dostawca sushi w Warszawie, czasem przyjeżdża na weekendy.

– A czy ty myślisz, że ja się go pytam o zdanie? Przecież i tak by mi nie pozwolił jeździć, to po co mamy się kłócić? – odpowiadam z uśmiechem na twarzy.

– Jak się dowie to mu nie mów, że z tobą byłam. A gdzie jest Gosia? Krystian był rano dziwnie zadowolony z życia, dziś nawet nie obudził mnie muzyką z samochodu, jakiś dzień dobroci czy co?

– Gosia wybiera się niedługo na przejażdżkę, właśnie z Krystianem, ale nie wie dokładnie dokąd. Wczoraj zostawiłam ich samych, G. też miała dobry humor przy śniadaniu, więc chyba coś tam zaiskrzyło. – Uśmiecham się do Oli.

– O fuuuu! Z Krystianem?! Nie dotknęłabym go nawet kijem przez worek!- Aleksandra oburzyła się.

– To, że jesteście rodzeństwem nie oznacza, że Krystian nie może się komuś spodobać. Wsiadaj na skuter, jedziemy nad jezioro, tylko musimy jeszcze po drodze zatankować. A tak swoją drogą to wiesz gdzie tu się aplikuje paliwo? – pytam ze zmieszaną miną.

– A skąd mam wiedzieć, co się martwisz, na stacji benzynowej nam zatankują. Ruszaj już, bo gorąco mi jest na tym słońcu. – Mówi Ola.

Jedziemy krętą drogą, biegnącą przez las. Wiatr przyjemnie chłodzi nasze ciała, pogoda jest dziś wspaniała, w sam raz na kolejny, słoneczny dzień opalania. Po drodze zastanawiam się, dlaczego Adaś tak bardzo się denerwuje, kiedy pożyczam od niego skuter, przecież przekręcam manetkę i trzymam tak póki nie trzeba zahamować – ot, cała filozofia.

– Lidzia, chyba coś nam odpadło – Krzyczy do mnie Ola.

Zatrzymuję się.

– Co odpadło? – Pytam z niepokojem.

– Kawałek czarnego plastiku. – Odpowiada Aleksandra, trzymając w ręku, przed chwilą podniesioną część.

– Oj tam, Krystian nam przyklei, jedziemy dalej. – Odpowiadam wsiadając na skuter, jednocześnie układając sobie jakieś zawiłe tłumaczenie w głowie, na wypadek jakby Adam się zorientował, że coś zepsułam.

Wjeżdżamy na stację paliw.

– Idę kogoś zawołać, żeby nam pomógł. Chcesz coś ze sklepu? – Pytam przyjaciółkę.

– Kup mi jakieś piwko. – Odpowiada.

Po chwili wracam z jakimś chłopakiem, który na moje pytanie o pomoc przy tankowaniu zaczął się śmiać, a wraz z nim jego koledzy z pracy.

-Bardzo śmieszne.- pomyślałam.

– Pokaże ci jak to się robi. – Mówi do mnie rozbawiony chłopak.

– Wsadzasz tutaj kluczyk, przekręcasz, następnie odkręcasz korek. Później tankujesz odpowiednie paliwo. – Tłumaczy, pokazując przy tym jakieś dziwne urządzenie, nad którym jest narysowany znak przekreślonego ołowiu i cyferki.

– A ja myślałam, że trzeba otworzyć o tutaj. – Wskazuje miejsce na siedzeniu skutera.

– To jest akurat bagażnik blondyneczko. – Odpowiada, wybuchając śmiechem.

Czerwienię się lekko ze wstydu i niepewnie uśmiecham.

Może i Adaś miał trochę racji, kiedy niechętnie pożyczał mi swój skuter. – Myślę, jednak ten chłopak strasznie mnie irytuje.

– Tam też byłeś taki mądry? – Pytam.

– Gdzie?

– W dupie. – Odpowiadam z podstępnym uśmieszkiem na twarzy.

Uśmiech z twarzy pana ‘’jestem piękny, młody i zabawny’’ znikł.

– Oj już się tak nie denerwuj ślicznotko. Miłej drogi. – Odpowiada przyjemnym tonem.

– Dzięki za pomoc, zabawnisiu. – Rzucam w jego stronę na pożegnanie.

Wsiadamy z Olą na skuter i wjeżdżamy na główną trasę. Nie lubię tędy jeździć, bo kursuje tu dużo tirów. Tiry są straszne, wyglądają jak takie wielkie, groźne roboty z ‘’Power Rangers’’. Dziś akurat trasa jest luźna.

Po jakimś czasie włączam kierunkowskaz i zaczynam skręcać w wąską drogę. Nagle coś uderza z hukiem w nasz pojazd. Kierownica zaczyna się trząść, aż w końcu ją puszczam i spadamy, obijając się o rozgrzany, twardy asfalt. Kilkanaście metrów dalej zatrzymuje się skuter, który przez chwilę sunął po jezdni. Przestraszona, zerkam w kierunku Oli. Wstała obolała z drogi, uf. Podnoszę się i podbiegam do skutera, wszystko mnie boli, z kolan cieknie krew. Widok nadjeżdżającego z naprzeciwka tira, wcale mnie nie uspokaja. Udaje mi się podnieść pojazd i zejść na pobocze. Przyjaciółka podbiega do mnie, ściąga kask.

– Kurwa! Co za idiota! Wszystko mnie boli a z nóg i łokci cieknie mi krew! Aaa, piecze! Nic ci nie jest? – Pyta się.

– Mam to samo co ty, a tak to w porządku. Dobrze, że miałyśmy te kaski. Spójrz, skuter jest tylko porysowany, a tutaj to się wyklepie. – Uśmiecham się do Oli. – Chcesz papierosa?- Pytam się, podpalając cienkiego LM-a.

– Tak. Patrz! Przynajmniej zatrzymał się, stary dziad. Zaraz go po prostu zabije. – Mówi obolałym głosem.

– Dziewczynki! Tak mi przykro! Nic wam nie jest! Przepraszam! – Podbiega do nas, przestraszony, starszy pan.

– Czy nic nam nie jest?! Mógł nas pan zabić! Ślepy pan czy co?! – Krzyczy Aleksandra.

– Strasznie przepraszam! Nie widziałem kierunkowskazu, to przez to słońce! – Odpowiada starszy pan, trzęsąc się z niepokoju.

Robi mi się go żal. W zasadzie to nic takiego się nie stało, żyjemy, skuter działa. Każdemu przecież może się zdarzyć. Z natury, jestem raczej osobą, która nie umie się na kogoś złościć, kiedy widzi, że ktoś się przejmuje i przeprasza.

– Teraz to już nieistotne! Narobił pan karambolu! – Ola nie daje za wygraną.

– Och, dziewczynki, pójdę po apteczkę, poczekajcie. Tak mi przykro! – Mówi starszy pan i podbiega do swojego samochodu.

– Ej, nie krzycz już tak. Nic takiego się nie stało, dalej żyjemy, nic nie mamy złamanego, miałyśmy szczęście. – Mówię do Aleksandry.

– Kurwa, no nie. Nie wierze. Ty uważasz, że nic się nie stało, tak? To jak wytłumaczysz tą krew na moich nogach?!

– Przetrzemy to wodą utlenioną i będziemy żyć dalej, głąbie. – Uśmiecham się do przyjaciółki.

– Wodą utlenioną?! Czy ty wiesz jak to będzie nas napierdalać?! – Odpowiada z przerażeniem.

Ola często przesadza, kiedy ją coś boli i jest nie do zniesienia, płacze, krzyczy, mówi, że woli umrzeć i takie tam rzeczy, do których już przywykłam.

– Jakoś przeżyjesz. Pomyśl sobie, że teraz wyciągniemy od tego dziadziusia pieniądze za odszkodowanie, chyba to dobra wiadomość, bo jak byś chciała zauważyć, przez nasze wakacyjne winka, piwka i papieroski, zaczyna nam brakować, a ja nie podejdę do babci i nie powiem ‘’ej, Todzia, zapodaj trochę hajsu na imprezę’’. – Uśmiecham się do Oli.

– W zasadzie, to masz rację. – Na jej twarzy pojawił się w końcu szczery uśmiech. – Ile pieniędzy możemy od niego wziąć za taki wypadek?

– Nie mam pojęcia ile kosztuje polakierowanie tych rysek na skuterze, a do Adasia na pewno nie zadzwonię, bo zaraz tu przyjedzie, spakuje mnie w bagażnik i wywiezie do lasu, każąc mi kopać dół gołymi rękoma, a później mnie tam zakopie. Ciebie z resztą też. Myślę, że 100zł będzie w porządku i jeszcze na imprezę nam starczy. – Tłumaczę.

– Proszę dziewczynki, mam plastry, wodę utlenioną i gaziki, przetrzyjcie to sobie. – Przybiega starszy pan, trzymając apteczkę w ręku, a ja obserwuję jak twarz Oli robi się coraz bardziej blada.

– Dziękujemy, nie trzeba. Mieszkamy 10 minut drogi stąd, opatrzymy rany w domu. – Odpowiadam, obawiając się, że moja przyjaciółka ściągnie tu pół wsi swoim krzykiem, kiedy będę jej przecierać rany.

– Tak, zrobimy to w domu. Tak strasznie bolą mnie plecy i noga. Będę musiała jechać do szpitala, aby to obejrzeć. – Odpowiada Ola, a ja już widzę, co próbuje zrobić.

– Ledwie ruszam ręką. – Odpieram udawanym, obolałym głosem.

– Proszę dziewczynki, to wszystko co mam w portfelu. Chyba, że jest tu gdzieś w pobliżu jakiś bankomat. – Odpowiada, dając nam dwa stu-złotowe banknoty.

– Dziękujemy. Będziemy się już zbierać do domu, trzeba obejrzeć te rany. – Mówię, chowając pieniądze do kieszeni spódnicy.

– O ile w ogóle dotrzemy do domu, bo jak natrafimy na takiego drugiego…

– Ola wsiądź już na skuter i załóż kask. – Przerywam przyjaciółce w pół zdania.

– Jeszcze raz najmocniej was przepraszam. Uważajcie na drodze. A może chcecie, żebym was odwiózł do domu? – Mówi starszy pan.

– O nie.. ja na pewno nigdzie się z panem nie wybiorę, bo jak…

– Naprawdę, nie ma takiej potrzeby, poradzimy sobie. – Po raz kolejny przerywam Oli. – Do widzenia, bezpiecznej drogi! – Oznajmiam.

– Nie mogę odpalić skutera – Mówię do Oli.

– Jak to nie możesz odpalić? Ty, to weź go odpal.

– Aleksandro, czy ty słyszysz co mówisz? – Pomimo problemów, mojej przyjaciółce udało się mnie rozbawić.

Za drugim razem skuter w końcu odpalił. Wracamy do domu. Nie wiem dlaczego, ale mam dobry humor. Przy takiej pogodzie, słońcu i świeżym powietrzu oraz biorąc pod uwagę fakt, że przeżyłyśmy dość niebezpieczny wypadek, nie da się mieć złego humoru. Rany na nogach i łokciach strasznie mnie pieką, będzie jeszcze gorzej przy dezynfekcji, dlatego zajeżdżam do sklepu po dwa wina, jakoś trzeba się znieczulić no i w końcu wypić za szczęście, bądź nieszczęście, zależy z której strony na to spojrzeć.

Siedzimy u Oli na łóżku, popijając wino i przecierając otarcia.

– Co tu się dzieje? – Do pokoju wchodzi zdziwiony Konrad. – Dlaczego słyszę takie krzyki dochodzące od ciebie w moim domu?

– Jak to kurwa co? Nie widzisz? Miałyśmy wypadek. Jakiś kretyn w nas wjechał i teraz zamiast smażyć nasze piękne, zgrabne pupcie na słońcu ze znajomymi, siedzimy tutaj, a Lidka przykłada mi do rany to straszne, wilgotne coś i chce mnie zabić! – Odpowiada oburzona Aleksandra, zabijając mnie wzrokiem.

– Jak widzisz, Ola trochę dramatyzuje. – Uśmiecham się do Konrada.

– No tak, on przeżywa takie piekło z Wioletą na co dzień. – Odpowiada entuzjastycznie Ola, a ja cieszę się, że w końcu poprawił jej się humor.

– Kurde, co wy gadacie?! Opowiedzcie jak to było! – Mówi zaniepokojony, a zarazem ciekawy Konrad.

– Nic wam nie jest?! – Wpada do pokoju wystraszona Gosia, a za nią Krystian.

– Kurwa, następna… – Mówi zrezygnowana Aleksandra.

– Wiesz, że Ola ciężko znosi nawet najmniejszy ból, nie przejmuj się. Miałyśmy lekką stłuczkę w drodze nad wodę. ale przynajmniej zarobiłyśmy 200zł! – Tłumaczę G, która dalej stoi w tej samej pozycji, spoglądając to na nas, to na wino. – Co się tak patrzysz jak śliwka w kompot? – Pytam Gosię.

– Mówi się jak sroka w gnat, a śliwka w kompot to wpada Lidziu. – Odpowiada rozbawiona Gosia i wszyscy zaczynamy się głośno śmiać, nawet ‘’umierająca’’ Ola.

– Nie martw się siostra, do wesela się zagoi. Jak ja miałem wypadek to samochód wjechał w mur, cały do kasacji, a ja sobie niechcący wypadłem przez drzwi, które odpadły i dzięki temu dalej żyję. – Mówi Krystian i natychmiast zaczyna tego żałować, kiedy dostrzega minę swojej siostry.

– Opuść to pomieszczenie, natychmiast. – Odpowiada sztucznie opanowanym głosem Aleksandra, próbująca stłumić swoją złość.

– Dobra, już dobra. Konrad, chodź ze mną, pokaże ci co niedawno zamontowałem w samochodzie, a one niech tu się użalają- zdążył powiedzieć Krystian, znikając za drzwiami w ucieczce przed nadlatującą poduszką, rzuconą przez jego siostrę.

– To bardzo dobry pomysł. – Mówi Konrad, wpatrując się z przerażeniem w Olę i zatrzaskując drzwi.

– No to co, nalać ci winka? – Pytam Gosię, rozpalając papierosa.

Dzwoni mój telefon. To Adaś, zerkam z niepokojem na komórkę. Ale to przecież niemożliwe, żeby tak szybko się dowiedział o wypadku, a poza tym to niby od kogo? Przecież… Krystian, no tak. Mając jednak nadzieję, że się mylę, niepewnie odbieram połączenie.

– 200zł kurwa?! 200zł? Zabiję cię! 200zł za porysowany lakier?! – Słyszę wrzaski w słuchawce.

– Cześć Adaś. Miło mi, że tak się o mnie martwisz – Odpowiadam sarkastycznie.

– Kto kierowcą, kurwa, był ja się pytam?!

– No ja prowadziłam, ale to nie moja wina…

– Zniszczę cię, kurwa, rozumiesz?! – Wydaje się, że mój brat ani trochę się nie uspokoił…

– Lidka, powiedz mu może od razu o tej części, co odpa…

– Pijemy tam winko? – Przerywam złotą myśl Oli.

– Adaś, nie denerwuj się, prawie nic nie widać i w dodatku żyjemy jeśli cię to interesuje. – Próbuję załagodzić sytuację.

– Ja się nie mogę denerwować. Jutro przyjeżdżam. Masz odstawić skuter do garażu i nigdy więcej nawet na niego nie patrzeć. Cześć. – Rozłącza się.

– Chodźcie po kolejne wino, obawiam się, że tego nie starczy. Adam jutro przyjeżdża, chcę nacieszyć się jeszcze życiem. – Mówię z wymuszonym uśmiechem do przyjaciółek.