Such is life

summer story

ROZDZIAŁ V

„Nic nie trwa wiecznie. Niebezpiecznie jet wierzyć w to, że coś trwa wiecznie”

 

– Co się stało?! – Wpadam razem z drzwiami do pokoju Oli.

– Będzie zła? – Gosia rzuca nieśmiało w stronę Aleksandry.

– Na co mam być zła?! – Wpatruję się wyczekująco w przyjaciółki. – Nie wyglądacie, jakby wydarzyło się coś strasznego. – Mówię, obserwując beztroski letarg, jaki uskuteczniają na kanapie.

– Nie będzie zła. Będzie wkurwiona.

– No więc… Tak naprawdę nic się nie stało…

– To akurat widzę. Czy któraś z was jest w stanie wyjaśnić mi, co było warte przerwania kilku przyjemnych chwil w towarzystwie mojego sympatycznego kolegi?! Nie muszę chyba wam przypominać, że już dłuższy czas nie posiadam faceta, a jak się zapewne domyślacie, KAŻDY CZŁOWIEK MA SWOJE POTRZEBY! – Wykrzyczałam, zamrażając je spojrzeniem.

– To był mój pomysł. – odpiera Aleksandra.

– Świetnie, a dowiem się w końcu , co to za wspaniała koncepcja?! – Obserwuję, jak Gosia chowa się pod kołdrę.

– Nudziło nam się tak we dwie, więc założyłyśmy się o to, czy…

– Nie mów dalej, jeśli ci życie miłe! – Dobiegł piskliwy głos spod kołdry.

– Czy przerwiesz swoje randez vous, jeśli któraś z nas będzie w potrzebie, czy już przerzuciłaś się z używania mózgu na inną partię ciała. – Odparła Ola, wykorzystując swój złowieszczy uśmieszek, po czym wzięła łyk herbaty, jak gdyby nigdy nic. – A poza tym sama niedawno mówiłaś o zasadzie trzech dni. – Odstawiła filiżankę na stolik.

– Zasada trzech dni nie obowiązuje, jeśli chłopak przyjeżdża drugiego dnia i zaprasza cię na herbatę o dwunastej w nocy!!! – Wybuchłam. – To kto wygrał zakład? – Pytam już nieco rozluźniona.

– Gośka. – Mina mojej koleżanki nagle zrzedła.

– Nie mam pojęcia, jak to zrobicie, ale wynagrodzicie mi to. – Rzucam w ich stronę, padając na łóżko. – To może zaczniemy od herbaty. Jedna łyżeczka cukru. Nie zapomnij o cytrynie.

– Na co się tak patrzysz, to ty przegrałaś zakład. – Gosia nabrała odwagi.

– A! Poproszę w moim ulubionym kubku! – krzyknęłam do Aleksandry, która właśnie zniknęła za drzwiami.

* * *

fot. Konrad Kokosza

 

– Wyjeżdżam za dwa dni. Na razie na trzy miesiące, przecież to nie tak długo. – Z każdym słowem Maćka odczuwam coraz mocniejsze ukłucie w gardle.

Wracamy z jeziora, zawieszam rozżalony wzrok gdzieś za oknem. Nie mogę z siebie nic wydusić, bo czuję, że zaraz się rozpłaczę. Przecież nie mogę mu pokazać, że mi zależy. – Dobrze, zgrywaj zimną sukę. Fantastyczny pomysł, kurwa. Francji mu się zachciało. Dajesz maleńka, bądź twarda. – kibicuję sobie w myślach.

– No pewnie, jak masz możliwość to skorzystaj. – W końcu udaje mi się wysłowić łamanym głosem.

– Kurwa!!! – Krzyk Maćka. Wyjeżdżające auto. Nie wyhamujemy. Nagły skręt w lewo. Samochód z naprzeciwka. Zaraz w nas uderzy. Znowu skręt w lewo. Spadamy. Rów.

– Ja pierdolę, żyjemy! – Ocieram obolałą od poduszki powietrznej rękę.

– Nic ci nie jest? – Pyta Maciek.

– Trochę ręka mnie boli, a tak wszystko w porządku. A ty?

– Też dobrze. Kurwa! Czy ten kierowca jest ślepy?!

Znajomi, którzy jechali za nami, biegną przerażeni w naszą stronę. No i w końcu mogę sobie ulżyć, nikt nie domyśli się, że to nie z powodu emocji po wypadku, więc nie muszę ściągać maski pt. jestem zimną suką – nie posiadam uczuć –  i wcale się nie zakochałam. Z moich oczu wylało się morze łez.

* * *

fot. Konrad Kokosza

– Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale będę tęsknić za pobudkami twojego dziadka. Chyba już do nich przywykłam. – Mówi G. sącząc poranną kawę.

– Przecież będziemy przyjeżdżać na weekendy. – Wtrącił Adam.

– Ale to już nie to samo. Mi najbardziej będzie brakowało wspólnych wieczorów z wami. No i obiadów babci, rzecz jasna. – Odpowiadam, zawieszając wzrok na gałęziach drzew szarpanych przez wiatr.

Dziś ostatni dzień wakacji. Koniec błogiego lenistwa, imprez, beztroskich chwil nad jeziorem. Jutro czeka nas powrót do rzeczywistości – miasto, ludzie, pośpiech, beton. Na samą myśl odczuwam ukłucie w sercu.

– Obiady Todzi są genialne, ale chyba przez nie przytyłam. – Gosia klepie się po brzuchu, który wbrew jej mniemaniu jest płaski jak deska.

– Spójrz na mnie, ja tam wolę powstydzić się przez dwa miesiące, niż cały rok chodzić na siłownie. – Skwitował Adaś, na co całą trójką wybuchliśmy śmiechem.

– Dlaczego wszystko, co dobre, zawsze tak szybko się kończy? – Słyszę wyraźnie przygnębienie w głosie przyjaciółki.

– Jeszcze nic się nie skończyło! Dziś pożegnanie lata! Nawalimy się jak biszkopty! – Próbuję pocieszyć Gosię.

– Słodki Jezu! – Wypaliła nagle tak, że aż podskoczyłam na krześle.

– Co się stało?

– W co ja się ubiorę!?

– Jezu, kobiety i ich problemy. – Westchnął Adam.

A więc wszystko wróciło do normy. Dziś nam jeszcze wolno.

 

Siedem lat później.

– Ciocia Lidzia! Jesteś moja! Chodź jeszcze, proszę! – Trzyletnia córka Aleksandry rzuca mi się na szyję. Mała od dwóch godzin próbuje nauczyć mnie tańczyć. Bezskutecznie.

– Daj cioci chwilę odpocząć. – Mówi rozbawiona Ola. – Co tam w ogóle słychać u Gosi? Sto lat jej nie widziałam. Kiedy zamierza wrócić z tej Anglii?

– Nie zamierza wracać na stałe. Niedługo przyjeżdża do Polski na urlop, już nie mogę się doczekać. O, w końcu chłopaki wrócili ze sklepu. – Maciek wraz z mężem Oli idą w naszym kierunku.

– Kupiłem ci cytrynowego radlera, może być? – Piotrek wręcza żonie schłodzoną butelkę czegoś, co próbuje udawać piwo.

– Oooo tak, jakie zimne. O takim marzyłam.

– Czy ty jeszcze czasem pijesz coś, co zawiera więcej alkoholu? – Pytam Aleksandrę.

– Szalona jesteś? Ostatnio po trzech dwuprocentowych radlerach kręciło mi się w głowie.

– Chyba się starzejemy. – Mówię, otwierając zimniutkiego Żywca. – Dobra, chodźcie do domu, obejrzyjmy ten nasz weselny film, chcę to już mieć za sobą. – Rzucam w stronę chłopaków.

– Już się boję. – Odpowiada Maciek.

– Nie przesadzaj, nie może być aż tak źle. Byłeś najprzystojniejszym panem młodym tego roku. – Całuję go w policzek.

 

KONIEC.

 

 

 

 

*Imiona niektórych bohaterów opowiadania zostały celowo zmienione.